NA DWA GŁOSY 3 – HOW I MET YOUR MOTHER

Kwiecień 8th, 20147 komentarzy

How I Met Your Mother

Serial How I Met Your Mother się skończył… Wreszcie! Było legendarnie czy żałośnie?

Po finale serialu dyskutujemy na dwa głosy o jego całości i zakończeniu. Bez cackania się.

 

Czekamy na Wasze komentarze i dyskusję. Zarówno pod odcinkiem jak i na naszym Facebooku.

Zapraszamy!

Pobierz 1 odcinek podcastu Na Dwa Głosy

 

 

Archiwum podcastów znajdziecie tutaj. Zapraszam też, do subskrybowania nas na iTunes.

Post tags

  • Ja mam wrażenie, że większość hejtu w internecie nie tyczy się samego finału, tylko tego, że on przekreśla dokumentnie sens ostatnich 5 sezonów. Powrót Teda do Robin?. Nie kupuję tego. Nie wyszło 150 razy, nie wyjdzie i teraz. Takie zakończenie byłoby super kilka sezonów temu. Teraz nie. Widać, że finał był napisany dawno temu i nic nie zmieniono. I to mnie wkurza niemiłosiernie. Co z tego, że samo zwieńczenie tej historii jest fajne, skoro nie rekompensuje ostatnich kilku lat, a wręcz stoi z nimi w jawnej sprzeczności. Po co kazali mi się męczyć choćby z 12, czy 15 odcinkami godzina po godzinie na weselu, gdzie nic się nie działo? Po co wprowadzono bardzo fajną postać Matki, skoro ostatecznie potraktowano ją jako zbędny balast? I przepraszam, ale ja nie kupuję tego, że to ma być dojrzałe i nietypowe zakończenie w stylu, że życie to nie bajka. Przecież ten finał tak naprawdę jest oblany lukrem jaką pączek w tłusty czwartek! Co z tego, że kontakty w ekipie się poluźniły, skoro suma sumarum wszyscy (poza Matką) żyją długo i szczęśliwie. Dla mnie ten finałowy twist byłby do zaakceptowania dawno temu. Może przełknąłbym go nawet na koniec poprzedniego sezonu (gdzieś w okolicy odcinka z poszukiwaniem naszyjnika w parku), ale po tym ostatnim sezonie absolutnie nie. I to jest podstawowy problem. Oglądany autonomicznie mam wrażenie finał może się podobać. Jest wzruszający, ma parę zapadających w pamięć momentów i ładnie kończy historię postaci. Ale nie tych postaci, które widzieliśmy w ostatnich sezonach. Chyba twórcy zapomnieli, że między finałem trzeciego, a dziewiątego sezonu była jeszcze ze setka odcinków i bohaterowie się zmienili. I moim zdaniem właśnie dlatego wielu widzów poczuło się jakby dostali od twórców w pysk, a net zalała fala memów „How I met your stepmother”.

  • Konan064

    Hi,

    Ja ten serial zacząłem oglądać od piątej serii, potem poleciałem 6, 7, 8; w oczekiwaniu na finałową serię zebrałem się i obejrzałem pierwsze cztery serie i uważam, że są dużo słabsze. Brakuje im dynamiki, są, jak to ujął Szymon, zbiorem gagów – mi to nie odpowiada w serialach.

    Nie lubię kiedy historia jest statyczna, imho pierwsze cztery serie są nakręcone w stylu sitcomów – bez ciągu przyczynowo-skutkowego. Także panowie, kto co woli – serial uległ zmianie przez dekadę, ale imho to tylko dobrze świadczy o twórcach. Przestało ci się podobać – idzieszesz gdzie indziej; niektórym (np. mi) dopiero teraz zaczęło się podobać.

    Imho najlepsze serie to 6 i 7, 8 trochę słabsza. Ostatni sezon na siłę został wydłużony, powinien mieć jakieś 12 odc.

    Samo zakończenie absurdalnie naciągane, ten rozwód potraktowany jak codzienna błahostka, potem to dziecko znikąd, nawet matki nie pokazali. Potem setny raz powtórzony motyw z pożegnaniem mieszkania, gdzieś tam przejawia się wzmianka, że Tracy już nie żyje, to idź do Robin. Omg, srsly? Rozwlekać ślub na dwadzieściakilka odcinków, żeby potem tak to podsumować? Nonsens. To jest słabe pisarstwo, a nie cukierkowa Tracy Morgan.

    Co więcej, zarzucać że ona jest przerysowana to bzdura w zestawieniu z innymi postaciami vide Barney. Uważam, że jesteście źli, że ten serial się zmienił. Nie oceniacie go za to czym jest, a za to czym już nie jest. Cóż, casus graczy ;)

    Odnośnie argumentu „życie to nie bajka” – jeśli już miałabym szukać drugiego dna w tym zakończeniu, to imho twórcy raczej rzucają coś w stylu „historia nigdy się nie zmienia” tudzież „historia lubi się powtarzać”. Niemniej, doszukiwanie się w tym finale czegokolwiek więcej niźli trollingu uważam za zdecydowaną nadinterpretację.

    Oceniając serial holistycznie – typowy średniak 6/10.

  • Dahman

    Odniose sie do jednego zarzutu, do przeslodzenia matki. Nie zapominajmy o tym, ze to jest opowiesc Teda, ktory idealizuje w niej kobiete, ktora kocha i z ktora mial dwojke dzieci. Zdziwilbym sie, gdyby opowiadajac o niej robilby jakies wrzuty. Zony sa z reguly idealne ;).

    Serial za dlugi, duzo rzeczy w nich bylo nielogicznych, ale to tez mozna wrzucic na kark tego, ze pamiec Teda lubi podbarwiac. Mnie szkoda, ze Robin i Barney jednak nie zostali razem, ale inaczej zakonczenie nie mialoby sensu. Generalnie zakonczenie na plus, ale mnie tez serial zmeczyl i ogladalem go z doskoku dopiero naprawde wracajac do niego w tym ostatnim sezonie. Zreszta wydaje mi sie, ze slabo podkreslicie, ze tak naprawde calosc byla na barkach NPHarrisa i gdyby nie on to serial juz dawno zostalby anulowany.

    • E tam. Próbujesz logicznie wytłumaczyć coś, co tak naprawdę jest po prostu słabym pisarstwem. Postać jest przeidealizowana i wkurzająca. Można to uzasadniać na wiele sposobów, ale koniec końców po prostu słabo to ktoś napisał.

  • Dagmara Kuliś

    Zgadzam się z Wami, ale z każdym tylko trochę. Stanowczo nie zgadzam się z tym, że takie zakończenie – rozwód, śmierć, bla bla, prawdziwe życie – pokazuje nam, że nie żyjemy w bajce i nie ma bajkowych zakończeń idealnych historii. Tylko że ten serial przez 9 sezonów pokazywał bajkowe życie. Ok, zmarł ojciec Marshalla (ale wiadomo – za to pojawił się Marvin), ale cała reszta to jest bajka. Młodzi, piękni 30-letni, którzy przesiadują dzień w dzień w barze, a potem idą do pracy; Ted i Marshall w tym wielkim mieszkaniu na Manhattanie, a do kompletu nauczycielka przedszkolna… Najmłodszy projektant drapacza chmur, a do tego „profesor” na uniwersytecie (nie kupuję tego – znam uniwersytety od strony pracowników, też w USA, i tak to nie wygląda – amen); Barney ze swoją jakże realistyczną pracą i jakże realistycznymi podbojami według Playbooka – i tak dalej, i tak dalej. To nie był realistyczny serial – nigdy – a w ostatnim odcinku Bays i Thomas nagle nam serwują dramat prawie jak w Woodworthy Manor aka Downton Abbey.

    No i Ted + Robin… To już było – tyyyyyle razy. O ile w ostatnich odcinkach Przyjaciół nadal kibicowałam Rachel i Rossowi i wzruszyłam się, kiedy Rachel stanęła w drzwiach i powiedziała, że tak, wyszła z samolotu, mimo że byli razem i nie byli tyle razy, tutaj tak nie było – bo: 1) są/nie są/są/nie są to już nic nowego i pachnie Przyjaciółmi; 2) Robin z Tedem nie mieli tej chemii – ani jak Rachel z Rossem, ani jak Ted z Matką! Baysa i Thomasa pokonali spece od castingu, którzy znaleźli TAKĄ Matkę. I nie chodzi tu tylko o to, że była idealna scenariuszowo – między Millioti i Radnorem była chemia. Między Radnorem i Smulders była na początku, a potem spakowała walizki i przeniosła się do pary Robin + Barney.

    I ostatnie – srsly, 22 odcinki o 72 godzinach, a potem w godzinę dostajemy zlepek 16 lat. Po odcinku-zapychaczu z rymowankami i road tripie Marshalla, który wszystkim chyba uszami już wychodził, jedziemy bez trzymanki i dostajemy 16 lat. Oł noł.

    Ten odcinek mógł się dla mnie skończyć sceną pod parasolem. Alternatywne zakończenie mogłoby być bonusem na DVD – wtedy bym kupiła box set, tak jak planowałam wcześniej. Teraz nie ma mowy – finał tak mnie rozczarował, że w zasadzie wolę zapomnieć o tym serialu. Jak będę chciała zrobić sobie powtórkę z sitcomu, to obejrzę znów Przyjaciół.

    • Co do pierwszego akapitu – a ja w tym widzę konsekwencję. Trzeba pamiętać, że cała historia jest opowieścią Teda. Dlatego jest taka bajkowa właśnie. Fakty się mu na starość we łbie poprzesuwały i wszystko koloryzował. To był jego „złoty wiek”. I on skończył się na ślubie Barneya i Robin bo wtedy też się ich paczka rozpadła. Dlatego dalej nie jest już tak różowo. Z tym, że brakuje tutaj równowagi, bo w tym kontekście życie z matką było dla niego gorsze niż wcześniejsze życie z kumplami.

    • Dagmara Kuliś

      Tylko że te lata po ślubie B+R i spotkaniu Matki też są opowieścią Teda i ja nie widzę powodu, dla którego spotkanie Matki miałoby być punktem zwrotnym w kwestii tego, że nagle Ted nam zaczyna opowiadać prawdę i tylko prawdę. Wiemy, że mu pamięć szwankowała (jak z Blah Blah), ale jego pamięć ma się nijak do tego, że Matka umiera, a B i R się rozwodzą.

      I jeszcze jedno – Bays i Thomas zapomnieli o continuity i o tym, czym nas karmili przez 9 lat. A mówili nam, że paczka przetrwała, bo i wspólne Dziękczynienie u Lily i Marshalla, i spotkania Lily z Robin (to już w ogóle się nie trzyma kupy w świetle ostatniego odcinka), i dzieci Teda, które tak kochały ciocię Robin, i tak dalej. W ostatnim odcinku niczego z tego nie ma – zostaje nam smutna Lily w stroju plemnika (sorry, nikt, kto widział „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać” nie kupi tego, że to biały wieloryb ;-)) w pustym mieszkaniu. I Matka w grobie.