GDYNIA ROCK FEST 2013

Marzec 5th, 20132 komentarze
fot. Grzegorz Sobisz

fot. Grzegorz Sobisz

 

ROCK PO GDYŃSKU

Jednodniowe festiwale to dziwny twór. Z jednej strony można posłuchać kilku fajnych wykonawców, z drugiej brakuje im  „festiwalowego” życia i klimatu. Ale trzeba się z tym pogodzić, bo kolejne tego typu imprezy wyrastają jak grzyby po deszczu. W sobotę (2 marca 2013 r.) odbyła się druga edycja Gdynia Rock Fest. Pomysł na imprezę jest taki, aby na jednej scenie występowali po sobie różni Polscy wykonawcy, których można określić jako „zespoły rockowe”. Przy czym rozpiętość gatunkowa jest tu niezwykle szeroka i obok trash metalowego „Acid Drikners” występuje romansujący z brit popem „Myslovitz”.

ORGANIZACJA

Impreza to całkiem spora, więc i wyzwanie organizacyjne duże. Po raz drugi koncert odbył się w hali sportowo-widowiskowej. I tu trzeba pogratulować organizatorom mądrej decyzji o braku sektorów i numerów na biletach. Po prostu wchodzisz na teren imprezy i robisz co chcesz – idziesz na płytę aby skakać na koncercie, siadasz sobie na odległych trybunach, popijasz spokojnie piwko i komentujesz to co dzieje się na scenie (albo próbujesz uprawiać pogo na krześle). To dobry wybór zważywszy na to, że impreza zaczęła się już o 14:30 a trwała do 23:00. Dodajcie do tego fakt, że po wejściu na halę nie można było już z niej wyjść (albo inaczej – można wyjść, ale nie było można wrócić bez świeżego biletu) i fakt, że wiele osób przyszło tylko na konkretne zespoły to docenicie możliwość posiedzenia na wygodnym krzesełku.

Zresztą cały Fest był przygotowany z głową. O dziwo udało się uniknąć wielkich kolejek czy to do szatni, czy po piwo. Oczywiście nie można powiedzieć tego samego o kolejkach do damskiej toalety, ale temu to chyba nikt na świecie nie potrafi zaradzić. Nawet finałowa walka o kurtkę w szatni (obowiązkowy element każdego koncertu pod dachem) trwała jakieś 10-15. Co prawda wiążę się to z faktem, że duża część gości opuściła festiwal po koncercie Strachów na Lachy, które grały przedostatnie.

Co ciekawe organizatorzy trzymali się harmonogramu imprezy z żelazną dyscypliną. Wszystkie zespoły zaczynały grać co do minuty w zgodzie z rozkładem jazdy. Ten ekstraordynaryjny porządek prowadził czasem do dziwnych sytuacji jak chociażby brak czasu na bisy po występach artystów. Nic z tego – skończyłeś śpiewać to złaź ze sceny, bo kolejny zespół już stoi w blokach startowych. I niby fajnie, że nic się nie przeciągało, chociaż z drugiej strony trochę zabijało to swobodnego ducha rock’n’rolla.

Młodzież ma jeszcze siłę na zabawę/ fot. Grzesiek Sobisz

Mimo, że na scenie dziady to młodzież ma jeszcze siłę na zabawę/ fot. Grzesiek Sobisz

Nie mam też żadnych zarzutów odnośnie ochrony. Wszystko działo się profesjonalnie, co jest już chyba standardem na imprezach w Polsce. Podczas koncertów panowie w pomarańczowych koszulkach nie byli wrogami fanów, ale ich przyjaciółmi pomagającymi delikatnie zakończyć crowd surfing za trybunami i wrócić do tłumów (śmiejcie się, ale pamiętam czasy kiedy przypadkowe męty z ochrony, wolały fanom najpierw przylać z kolanka i jeszcze poprawić łokciem).

Dla mnie to już byli tak mili, że stwierdzili, że nie muszą nawet sprawdzać biletu przy wejściu. No dobra, tak naprawdę to chyba trafiłem w jakąś dziurę w ochronie. Najpierw sprawdzili czy nie mam – butelki, noża, pistoletu, karabinu, miny przeciwpiechotnej, czołgu albo bazooki w tylnej kieszeni spodni, a potem zapomnieli spytać o bilet. Było to o tyle śmieszne, że bilety na imprezę zostały wyprzedane na kilka dni przed wydarzeniem. I żeby zdobyć jeden dla siebie musiałem prosić o pomoc ludzi z internetów (dzięki, jeszcze raz Magda!)

CHASSIS, LIPALI I MELA KOTELUK 

Wyszło tak, że w sobotę mam lepsze rzeczy do roboty niż siedzieć na koncercie od 14:30 (na przykład montowanie Masy Kultury). Dlatego pierwszych wykonawców nie widziałem. I to w sumie wszystko co mogę napisać na temat „Chassis”, „Lipali” i „Meli Koteluk”.

Sorry guys!

ZESPÓŁ Z MYSŁOWIC BEZ ROJKA Z MYSLOVITZ

Nigdy nie byłem  przesadnym fanem Myslovitz. Zdarzyło mi się natomiast raz, czy dwa wpaść na ich koncert. Tym razem wybrałem podziwianie bandu z trybun. Na dole nawet trochę osób pod sceną skakało. To znaczy, że koncert chyba był udany. Nowy wokalisto-pieśniarz kapeli – Michał Kowalonek z mojej perspektywy nie tylko brzmiał jak Rojek, a także jak Rojek wyglądał. Gdybym nie wiedział o tej wstrząsającej zmianie kadrowej, to nawet bym się nie zorientował, że nastąpiła. Co do muzyki – tym razem były to głównie zdrowe, rockowe aranże. Chłopaki chyba zrezygnowali z eksperymentów popowo – elektronicznych, które proponował im od pewnego momentu Rojek. I dobrze. Była nawet nowa piosenka, napisana już przez Kowalonka. Raczej bez rewolucji. I tylko refren mnie frasował, bo ja słyszałem w nim ciągle „nikt nie umie pisać tekstów jak Rojek”, czy coś takiego.

Titus jak zawsze wiecznie młody/  fot. Grzesiek Sobisz

Titus jak zawsze blady i wiecznie młody/ fot. Grzesiek Sobisz

TITUS, ROMEK I PERKUSISTA

Zaraz po Myslovitz przyszła pora na mocne uderzenie.  Sceną zawładnęli koledzy Szymona Adamusa z Poznania (to małe miasto, tam na pewno wszyscy się znają!), czyli Titus razem z Acid Drinkers. I chociaż muszę przyznać, że fanem tak mocnego grania nie jestem to „Acid Drinkers” ciężko odmówić uroku. Zespół pomimo tylu lat spędzonych na scenie cały czas ma moc i noga (oraz głowa) aż sama drga od szybkich rytmów i drapieżnych riffów. Chciałbym zauważyć, że Acidzi mają też bardzo duży wkład w odwieczny rockowy dylemat – co zrobić z perkusistą? No wiecie – facet się stara, tłucze gary jak szalony, a nikt przeważnie nie widzi więcej niż czubka jego głowy zza tego całego ustrojstwa. A tutaj Ślimak siada bokiem i po problemie. Co prawda widzimy jego profil, ale to i tak lepiej niż czubek głowy.

Z ciekawostek przyrodniczych: w pewnym momencie występu Acid Drinkers na scenie pojawił się eks Acid (i eks Drinkers) Litza. Sprytnie wkradł się na scenę, staną za swoim przyjacielem Popcornem i zaczął grać na jego gitarze. Taki psikus. Pomimo wielkich braw i zachęt z widowni nie został na żaden cały kawałek i po krótkim przywitaniu z resztą kapeli uciekł na backstage i nie pokazywał się aż do koncertu LuxTorpedy.

Acid Drinkers skończyli koncert swoją wersją „Hit The Road Jack”. Pomimo moich usilnych starań i krzyków nie zagrali „Love Shack”. Także finalnie muszę stwierdzić, że ich nie lubię.

Ryba Piła i Tango/ fot. Grzegorz Sobisz

Ryba Piła i Tango/ fot. Grzegorz Sobisz

GRABAŻ TO SKOŃCZONY MATOŁ ON SIĘ SKOŃCZYŁ NIM SIĘ ZACZĄŁ

Ofensywę poznaniaków podtrzymały „Strachy na Lachy”. I chociaż Grabaż początkowo miał chyba jakieś problemy z nagłośnieniem, mikrofonem albo odgłosem i nie bardzo trafiał w nutę to już po 3-4 piosenkach wszystko wróciło do normy. Mówiąc obiektywnie, to ten koncert zebrał najwięcej publiki. Było sporo skakania, a że 80% wykonywanych kawałków to stare, dobrze znane hity to można było skorzystać z sugestii Grabaża i pomóc mu trochę pokrzyczeć. Całkiem fajna zabawa, a że po ostatnim singlu jakoś tak nie wypada artysty obrażać to zostańmy przy samych pozytywach. „Twoje oczy lubią mnie”, „Dzień Dobry, Kocham Cię”, „Żyję w Kraju”, „Czarny Chleb i Czarna Kawa” i do przodu!

Finalnie „Strachy na Lachy” mogły nawet bisować. A że wcześniej nie zagrali „Piły Tango” to mieli jeszcze co robić. Piosenka szczególnie ucieszyła trójkę hipsterów, którzy zajęli miejsce po mojej prawej. Jeden z nich z wrażenia zdjął nawet z wrażenia wełnianą czapeczkę. Muszę przyznać, że ten koncert nauczył mnie szacunku dla hipsterki. Przez ponad godzinę skakać w temperaturze bliskiej 30 stopni w wełnianej czapeczce na głowie? Szacun! A mówią, że dzisiejsza młodzież jakaś taka wątła i słaba.

KAZANIA OJCA LITZY

Jako ostatnia na scenie występowała „LuxTorpeda”. O tym, że strasznie polubiłem ten zespół wspominałem już kiedyś w podcaście Masie Kultury (odcinek 18). Tym razem „LuxTorpeda” była głównym powodem, dla którego pojawiłem się w Gdyni. I zdecydowanie Litza z ekipą nie zawiódł. Ta kapela jest bezpretensjonalnie szczera, gra mocno (ale bez przesady) a do tego na czymś im zależy. Dodajcie do tego luz na scenie, wyśmienity kontakt z publiką i franciszkanina kręcącego klip do „Tajnych Znaków” (absolutnie najlepszej piosenki o miłości z ostatnich lat) na tym koncercie a będziecie mieli mieszankę wybuchową. Wbrew temu co mówił sam Litza – sukces tego zespołu jest w pełni zasłużony. W końcu był potrzebny ktoś kto nie skupi się na samej rozrywce, ktoś kto głośno powie, że jest o co walczyć, że istnieją uniwersalne prawdy, że nie wszystko jest względne. I taki właśnie jest Litza, który na scenie przyjmuje niemal pozę pastora. Przed piosenkami tłumaczy ich znaczenie, mówi kiedy powinniśmy się śmiać, a kiedy stać cicho. Opowiada o swoim życiu i daje świadectwo.

I chociaż taka postawa nawróconego rockmana nie każdemu musi opowiadać, to trzeba przyznać, że „LuxTorpeda” jest katolickim zespołem w najlepszym tego słowa znaczeniu. Litza z kapelą starają nam się przypomnieć, o co w religii tak naprawdę chodzi. Samemu zespołowi zarzucano na oficjalnym forum, że gra koncerty podczas Wielkiego Postu. Po tym co widziałem napisałbym raczej, że „Luxtorpeda” urządza rockowe rekolekcje. I niech nie przestają tego robić, bo są w tym świetni.

LuxTorpeda też walczy o równouprawnienie perkusistów/ fot. Grzesiek Sobisz

LuxTorpeda też walczy o równouprawnienie perkusistów/ fot. Grzesiek Sobisz

A tak przy okazji – „Luxtorpeda” także dorzuca swoja cegiełkę do problemu niewidzialnych perkusistów, o którym wspominałem już wcześniej. Otóż bębniarz kapeli – Tomek Krzyżaniak po pierwsze ogranicza swój instrument do minimum (pozbywa się zbędnych garów i talerzy). Potem razem z perkusją siada w jednej linii z resztą kapeli i dzięki temu na scenie występuję jak równorzędny członek bandu.

ŁAPA W GÓRĘ, ŁAPA W DÓŁ

Nie mam wątpliwości i całą imprezę muszę określić jako udaną. Było dobrze pod względem muzycznym i organizacyjnym. Gdzieś tam może zabrakło trochę ducha rock’n’rolla – tej spontaniczności i dzikości. Zastąpiła ją precyzja organizacyjna. Ja jestem stary i aż tak to mi nie przeszkadzało. Nie wiem, co na to powie wszędobylska młodzież. Zresztą jakbym miał potrzebę mocniejszego rockowania to pojechałbym na Woodstock, a nie do Gdyni.

Gardło mnie boli, w nogach coś strzyka, i jeszcze mam małego siniaka od łokcia, który ktoś wpakował mi w żebra, czyli mówiąc krótko – było dobrze i wracam za rok.

PS

Gorące podziękowania dla Grześka Sobisza z sobisz.blogspot.com za udostępnienie fotek.

 

« 34 – OSCARY TO WINA KANADY!
CRYSIS 3 – WYRYWAMY GAŁKI OCZNE! »

Categorized Under

muzyka Polecam

Post tags

About Michał Kowal

Ojciec założyciel. Fan popkultury, były dziennikarz. Nagrywa i montuje podcast. Uwielbia grać, czytać i oglądać filmy. Zakochany po uszy w spaghetti westernach Sergio Leone, Indianie Jones i Powrocie do Przyszłości.KONTAKT masakultury@gmail.com

» has written 217 posts

  • Aleksandra

    Byłam na Rocket Festival 2014 w Poznaniu . Luxtorpeda kazała wyłączyc wszystkie światła i poprosiła o ,,minutę ” ciszy za ofiary majdanu na Ukrainie

  • Magda

    cieszę się, że bilet się przydał:) świetna recenzja!